|
Strajk w szpitalach się rozszerza. Rząd postanowił w końcu sprawdzić, ile zarabia lekarz i jak długo na to pracuje.
W 16. dniu lekarskiego strajku okazało się, że rząd nie wie, ile zarabiają lekarze i ile kosztowałaby podwyżka dla nich. Choć strajk zapowiedziany był już 26 listopada, dopiero wczoraj pracownicy resortu zdrowia spotkali się ze związkowcami, by przygotować płacowe ankiety. Dziś trafią do szpitali. Dyrektorzy mają podać, ile wydają na gołe pensje, ile na dodatki i wynagrodzenia za dyżury. Informacje ministerstwo ma dostać w przyszłym tygodniu.
Strajkować będzie wtedy nawet 300 placówek z 650 publicznych szpitali. Teraz to 250 - większość pracuje jak w czasie ostrego dyżuru. 11 czerwca do akcji włączy się większość placówek w Łódzkiem.
Codziennie kolejni lekarze składają też wypowiedzenia z pracy. Wczoraj zrobiło to 300 osób z podkarpackich szpitali w Krośnie, Mielcu, Stalowej Woli i Tarnobrzegu. 250 lekarzy złożyło wypowiedzenia w Radomskiem. O desperacji strajkujących może świadczyć to, że w Radomiu zwalnia się siedem lekarskich małżeństw. Dzisiaj składa wypowiedzenia 200 lekarzy ze szpitali wojewódzkich w Łomży i Suwałkach.
Prowadzący protest Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy liczył, że rozszerzając protest, zmusi rząd do negocjacji, i wygląda na to, że ma pierwsze sukcesy. Udało się skłonić rząd do rozmowy o płacach (do tej pory mowa była tylko o tym, ile dodatkowych pieniędzy pójdzie na służbę zdrowia).
- My uważamy, że na spełnienie strajkowych postulatów potrzeba nawet 14 mld zł. Koledzy z OZZL uważają, że dużo mniej. Dlatego ustaliliśmy, że trzeba to sprawdzić, żeby kontynuować merytoryczną dyskusję - mówi wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas.
- Rozmowa o podwyżkach zaczęła się, bo poparły nas pozostałe, niestrajkujące jeszcze związki - relacjonuje zmianę stanowiska rządu Krzysztof Bukiel, szef OZZL. - Do rozwiązania konfliktu jest jeszcze daleko. Tyle że widać, że rząd próbuje nam coś zaproponować. Na przykład, by za długi szpitali odpowiadały samorządy. Bo w tej chwili samorządy za długi szpitali muszą płacić dopiero, gdy jakaś placówka upada.
Bukiel zauważa, że rząd boi się prywatyzowania służby zdrowia, o czym świadczą kolejne wypowiedzi premiera. - Dlatego możemy pomóc rządowi i przygotować propozycje, które będą dla niego do przyjęcia - proponuje.
Wbrew temu, co mówią w PiS, lekarze nie chcą bowiem prywatyzacji polegającej na przejęciu majątku szpitali i przychodni. Chcą, by szpitale funkcjonowały jak spółki. - Udziały w takiej spółce mogą mieć osoby prywatne, pracownicy szpitala. Chodzi o to, żeby wszystkim im zależało na tym, by szpital nie popadał w długi - tłumaczy Bukiel.
Pomysł sprawdził się w przypadku przychodni. Na Śląsku sprywatyzowano dwie trzecie z nich. Nikt już nie pamięta, że miały kiedyś długi. W większości majątek sprywatyzowanych przychodni nadal należy do samorządów. Zdaniem lekarzy wstępem do przekształcenia publicznych szpitali w szpitale-spółki musiałoby być jednak ich oddłużenie. - Większości samorządów na to nie stać - wyjaśnia Bukiel.
Dziś ze związkami spotka się wicepremier Zytą Gilowska - prosił o to OZZL. Lekarze chcą z nią dyskutować o swoich żądaniach: miliard złotych na podwyżki w tym roku i wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 5 proc. PKB (dziś to 4 proc.).
Mniej optymistycznie oceniają sytuację inne związki zawodowe. Pielęgniarki przygotowują się do wielkiej manifestacji w Warszawie 19 czerwca. Ma ona poprzedzić ich ogólnopolski strajk. - Odrzuciłyśmy projekty ustaw, które dostałyśmy w ubiegłym tygodniu od wicepremiera Gosiewskiego. Nie ma w nich gwarancji wzrostu pensji dla nas. My oczywiście możemy dalej rozmawiać, ale ludzie czekają na podwyżki - mówi Dorota Gardias, szefowa związku pielęgniarek i położnych.
Źródło: Gazeta Wyborcza, gazeta.pl
|
|
|